Jak słabi się staliśmy? Jak grzeczne jest nasze czarownictwo? W naszym pragnieniu niekrzywdzenia innych staliśmy się tak bardzo niegroźni. Poświęciliśmy się, by zająć miejsce przy stole wielkich wyznań, pośród których pozostajemy wyklęci. Na jak wiele kompromisów się zgodziliśmy w imię wolności, w imię możliwości noszenia pewterowych pentagramów na ulicach, w szkołach i naszych miejscach zatrudnienia. Jak bardzo starsi sprzedali nas przyklękając do establishmentu i prasy brukowej? W zamian nie zyskaliśmy absolutnie niczego. Kapitalistyczna kultura po prostu nie dba o to, w jaki sposób przebiegają nasze fantazje, tak długo, jak długo pracujemy na kontraktach, używamy telefonów i konsumujemy. Powodem, dla którego opieka społeczna nie zabiera naszych dzieci, jest to, że nikt nie wierzy w istnienie czarownic. Maszerując krok w krok, za czymś, co zwykło się nazywać mainstreamem, ale teraz jest monokulturą, odczarowaliśmy siebie, przekazaliśmy nasze zęby, pazury i najeżone bujne futra. Nie chcę być częścią tego procesu, ponieważ znaczy to współdziałać z siłami, które niszczą całe życie na Ziemi. […]

Od pewnego czasu zauważyć możemy tworzenie się i umacnianie magicznej ideologii rewaloryzacji czarownictwa, sięgania ponownie do korzeni. Prawdopodobną przyczyną popularności tego nurtu jest okrutna świadomość faktu, że jesteśmy słabi. Nie posiadamy mocy naszych przodków, nie mamy siły, która wypełniała ich krew. Tak, jak napisał Peter Gray w swoim eseju Rewilding Witchcraft poddaliśmy się współczesnemu hołdowi poprawności politycznej i niezłorzeczenia. Przez to straciliśmy naszą więź z otaczającymi nas duchami, z siłami, które przynosiły zdrowie i chorobę. Duża część naszych wierzeń i przekonań uległa ateizacji, a my zapomnieliśmy jak myśli się magicznie. Niestety, jak się okazało, ta wiedźma, która nie potrafi przekląć, nie potrafi też uleczyć. Zamieniliśmy naszą autentyczną moc do przywoływania duchów, do kierowania nimi, do leczenia i zabijania w zamian za wyobraźnię. Za wyobrażanie sobie kolorowych światełek. Niegdyś nasi przodkowie przywoływali duchy do widzialnych postaci – tymczasem większości współczesnych czarownic i czarowników wydaje się to niewykonalne, traktują to, jako poetyckie wyobrażenie lub legendarne wyolbrzymienie. Tak nisko upadliśmy. Gdy tylko wstąpimy na ścieżkę prowadzącą nas do rewaloryzacji czarownictwa nagle okazuje się, że czarostwo nie jest wcale neopogańskim kultem Rogatego Boga, ani nawet kultem przyrody. Nie jest ani bezpieczne ani dobre. Droga ta okazuje się być domeną wyrzutków, tułaczy, tricksterów – wszystkich tych, którzy wiedzą, że nie ma światła bez ciemności i tych, którzy zanurzyli się w ciemność własnych dusz akceptując to, co mogą tam znaleźć. Starzy magowie współczesności poświęcili tę moc i wiedzę w zamian za swoje zorganizowane grupki i magiczne zakony pod sztandarami Aleistera Crowleya, Mathersa i innych adeptów magii współczesnej. Starając się dokonać unifikacji wszystkich filozofii i nurtów magicznych zatracili siebie, zatruli własne dusze i pozostawili nam tę truciznę w spadku. W miejsce kręgów wytyczanych potężnymi instrumentami magicznymi otrzymaliśmy Rytuały Pentagramu i Heksagramu. W zamian wzywanych przed nasze oblicza duchów, dostaliśmy wyobrażanie sobie archaniołów. Zamiast wznoszenia mocy w transowym tańcu i rytmicznym nuceniu zaklęć – wizualizację światła zstępującego na nas z niebios. Ostatecznie wymieniliśmy moc na fantazjowanie i psychodramę. Podobnie jak Peter Gray nie potrafię się z tym pogodzić i nie przystaję na spłycanie naszej spuścizny. Każda z osób nazywających siebie czarownikami bądź czarownicami powinna się teraz zastanowić nad tym, kiedy ostatni raz tańczyła nago wokół ognia, kiedy ostatni raz rzucała w ogień korzeń mandragory i wzywała jego ducha. Czy robiliście to choćby raz w swojej „magicznej” karierze?

Ateizacja wartości magicznych
Czytelnicy, którzy praktykują magię, i którzy być może nawet identyfikują się, jako czarownicy czy czarownice stwierdzili najpewniej w tym momencie, że „przecież wszystkie te akty nie są potrzebne, do praktykowania magii”, po co mamy wzywać ducha jakiejś rośliny skoro jest ona tylko częścią naszej psychiki, czemu mamy stosować się do wiekowych przekazów i instrukcji magicznych skoro są one jedynie antycznym zabobonem rozpowszechnianym przez niewykształconych wieśniaków. Jeśli należycie do tego grona, jesteście tymi, którzy rozpowszechniają truciznę Crowleya, truciznę Bławackiej, truciznę Dion Fortune. Oczywistą tendencją w czasach naukowej supremacji i wszechobecnej pogardy do duchowości jest próba racjonalizowania mistycznych doświadczeń, które w danym momencie wyznajemy – między innymi w celu uniknięcia napiętnowania przez ateistyczne środowisko, w którym się obracamy, ale również, dlatego, ponieważ nie rozumiemy duchowości, brak nam przekazu, inicjacji, wyjaśnienia. Dlatego też większość ezoteryków sięga po najprostszą i najbardziej akceptowalną technikę rozwiązania tego dysonansu poznawczego – psychologizowanie magicznego zjawiska. Widzimy to na każdym kroku. Widzimy to, jako zjawisko powszechnie promowane przez współczesne medialne „autorytety” pokroju Koettinga, DuQuette’a, Millera, Granta, Regardiego i innych, szczególnie związanych z nurtem Thelemy i magii ceremonialnej w systemie Golden Dawn lub pochodnym. Sam Lon Milo w swojej książce Niska Magija pisze: „To wszystko jest w Twojej głowie, po prostu nie wiesz jak dużą masz głowę.” Duchy Goecji zaś porównuje do pijaków w barze, których należy przekupić następną kolejką, żeby nie szkodzili twojej psychice, tylko współdziałali z twoją wolą. W innej swojej książce przekonuje swoich czytelników, że papierowy pierścień jak najbardziej wystarczy do przywołania enochiańskich duchów. Jestem pewien, że John Dee przewraca się w grobie za każdym razem, gdy ktoś czyta tą wypowiedź.

W tak prezentującej się sytuacji duchowego cateringu od czytelnika powyższych książek nie wymaga się niczego, nie stawia się jakichkolwiek koniecznych do wypełnienia, rygorystycznych warunków. Zgodnie z wszechobecnym, wywodzącym się z New Age hasłem mówiącym, że magia jest dla wszystkich, ezoterycy są przekonani, że magia bierze się z naszej głowy, siedzi w niej, że wola, która w ich zrozumieniu jest zaledwie intencjonalnym wyobrażeniem własnego egoistycznego pragnienia jest wystarczającym czynnikiem do zaistnienia owego pragnienia. Wtajemniczeni czarownicy mogliby przejść obok takiego podejścia obojętnie – w końcu magia broni swoich arkanów przed niegodnymi samodzielnie – jednak w tym wypadku, takie podejście prowadzi do coraz szerszej deprawacji społeczności ezoterycznej i wielu szkód. Jako najprostszy przykład można przytoczyć praktykę magiczną stosowaną najczęściej przez kobiety – uroki magiczne. Kobiety na bardzo wczesnym etapie relacji sięgają po wspomagacz, jakim jest w ich mniemaniu magia. W dużej mierze są to młode dziewczyny, które nie mają nic wspólnego z magią, ale spotykają się na forach i mediach społecznościowych z przekonaniami – pozornie – bardziej doświadczonych praktyków, że magia jest tylko w głowie, że liczy się wiara, że najważniejsza do działania rytuału jest szczerość intencji i tym podobne brednie. W konsekwencji wykonują niepoprawnie skonstruowane rytuały, przywołują siły, nad którymi z braku talentu i treningu nie potrafią zapanować i na ich nieszczęście pętają same siebie. Prawie wszystkie dziewczyny, które zwróciły się do mnie o pomoc w sprawie magicznych uroków, były już tak głęboko zafascynowane mężczyzną i ślepe na racjonalne wyjaśnienia, że nie chciały nawet słuchać o rytuałach, które mogłyby zdjąć z nich tę fascynację. Samospętanie jest olbrzymim problemem współczesnego świata ezoterycznego i powodem toksycznych relacji wielu młodych dziewczyn. A wszystko to przez natarczywe przekonywanie ludzi, że „magia jest tylko w ich głowach i mogą wszystko dzięki swojemu nastawieniu”.

Jakkolwiek, powyższy przykład zazwyczaj dotyczy niedoświadczonych dziewczyn, które tak czy siak, w magii nie osiągnęłyby ani nawet nie chciałyby czegokolwiek osiągnąć. Magia była dla nich młotkiem, który mogły użyć i odłożyć na półkę – niestety przez swoje niezrozumienie kosmologii magicznej, uderzyły się nim w palec. O wiele gorszą ideologią, za którą stoi psychologizowanie magii jest oczywiście opracowany przez Carrolla system magii chaosu. Dla niezaznajomionych z terminologią magiczną czytelników, powiem tylko, że magia chaosu w założeniu ma reprezentować fuzję wielu magicznych technik pochodzących z odrębnych systemów, przy jednoczesnym porzuceniu filozoficznej otoczki systemów, z których owe techniki się wywodzą. W teorii wszystko wygląda całkiem zgrabnie, bo mówimy tutaj o takim zjawisku jak wytworzenie własnego osobistego systemu magicznego z dostępnego na całym świecie zakresu metod przy jednoczesnym nieograniczaniu się do wartości filozoficznych, mistycznych czy etycznych owych systemów, z których czerpiemy – lub w wypadku takiej konieczności ograniczaniu się do ich szczątkowych elementów. Głównym problemem jest to, że czołowi reprezentanci takiego podejścia zamiast trzymać się „reguł” zdecydowali się po prostu zastąpić tradycyjne wartości, mistyczne opisy i filozofię, współczesną pseudonaukową wizją kosmologiczną. Zrobili to z oczywistego względu – w praktyce magia chaosu nie działa i uzyskali tego świadomość bardzo szybko, prawdopodobnie głównym czynnikiem był rozwój i rozpowszechnienie się praktyk z Fotamecusem, wiralnym serwitorem służącym do kompresji i dekompresji poczucia czasu, którego działanie zostało bardzo szybko obalone przez wielu praktyków na całym świecie, w tym wielu członków Paktu IOT. Carroll, który nie był ani magiem, ani psychologiem, ani fizykiem stworzył od zera magiczną teorię, która opierać się ma na wolności przekonań, działaniu pod wpływem wiary, a której fundamentem jest psychologia i fizyka kwantowa. Nie chciałbym, żeby czytelnik mnie źle zrozumiał – bardzo cieszy mnie to, że czołowi aktywiści tej teorii przyłożyli ogromną wagę do pierwszych miesięcy magicznego treningu. Do wyrobienia w sobie podstawowych umiejętności wymaganych od każdego neofity. Niestety, nie oferują nic więcej, poza ułudą możliwości żonglowania magicznymi tradycjami przeszłości. Bowiem fundamentem magii chaosu jest praktyka zmiennych wierzeń, założenie, że możemy w ramach potrzeb skakać między wyznaniami, filozofiami, duchami, bogami, demonami bez jakichkolwiek konsekwencji w swojej praktyce. Bo czemu miałyby się pojawić jakiekolwiek efekty uboczne skoro „to wszystko jest w naszej głowie”? Praktykanci tej ścieżki jawią się, więc bardziej, jako duże dzieci, które zadzierają z siłami, których nie rozumieją z przekonaniem, że pokonają pradawne siły, bo zgodnie ze współczesnym magicznym wychowaniem „mogą osiągnąć wszystko, co chcą, a magia jest dla wszystkich”. Są zupełnie jak te nieświadome dziewczyny. Pozbawieni przekazu, wtajemniczenia i inicjacji dyskredytują znaczenie tradycyjnych wartości magicznych na rzecz nowoczesnych złudnych wartości. Oddają materializację duchów, w zamian za wizualizację sigili i afirmację, której równie dobrze nauczyliby się u pierwszego lepszego psychologa. Zawsze uważałem, że najbardziej ironicznym argumentem świadczącym, że ścieżka ta nie działa jest fakt, że jej twórca porzucił praktykę magii całkowicie. Dorobił się na wydanych przez siebie książkach, a następnie umył od wszystkiego ręce. Magia chaosu przeżyła już w przeszłości swój zmierzch na zachodzie, ale u nas w kraju ponownie po prawie dekadzie podnosi łeb kusząc wielu młodych praktyków, przekonując ich, że będą mogli osiągnąć wszystko, czego zapragną bez poświęceń, wyrzeczeń, łez czy krwi – może jedynie z odrobiną własnego nasienia.

Szczególnym przypadkiem racjonalizowania cechującego system Carrolla jest podział magicznych modeli stworzony przez Ralpha Tegtmeiera, który w pewnym momencie mojej praktyki nawet mnie się wydawał prawdziwy i funkcjonujący – jednak wraz z postępem doświadczenia dostrzegłem, że borykam się z coraz większą ilością niezgodności, których teoria modeli nie tłumaczy. Jak się, bowiem okazuje, żaden tradycjonalny system magiczny nie był nigdy osadzony w jednostkowym modelu magicznym – żaden nie opierał się wyłącznie na postrzeganiu energii czy duchów, a z pewnością żaden nie miał nic wspólnego z psychologizowaniem i stosowaniem skomputeryzowanej terminologii do opisu modelu energetycznego. Wtajemniczenie w magiczne arkana ujawnia, że każda tradycja jest mieszanką dwóch pierwszych modeli w różnych proporcjach. Adepci magii chaosu zdają się jednak całkowicie to ignorować lub też nadawać temu własne, nienaturalne kategorie, na siłę dzieląc tradycję zgodnie z mottem „Nic nie istnieje. Wszystko jest dozwolone.” Kończąc później na skraju stabilności emocjonalnej i psychicznej, rozdarci w depresji i szaleństwie wywołanych przez lekkomyślne wzywanie duchów i sił, których prawdziwej natury nigdy nie zrozumieli. „Bo magia broni swoich arkanów samodzielnie.” Niestety przy każdym takim przypadku pozostali członkowie tej społeczności powtarzają „to nie była prawdziwa magia chaosu, oszukiwał sam siebie”. Kto więc praktykuje prawdziwą magię chaosu? Zdradzę wam ten sekret. Każdy czarownik, który szkoli się zgodnie z tradycją magiczną, który poznaje w pełni kosmologię, uzyskuje stany mistyczne wykraczające poza omamy odurzonych Acodinem nastolatków. Każda praktyka magiczna prowadzi w konsekwencji do Oświecenia. A każdy akt iluminacji prowadzi do stworzenia własnego, pełnego, niepowtarzalnego magicznego systemu – do realizacji tezy magii chaosu, bez użycia jej profanujących Sztukę metod.

Wszędobylska Energia
Podstawowym założeniem ruchu filozoficzno-magicznego stworzonego przez mesmerystów i Bławacką było istnienie kosmicznej emanacji energii Absolutu. Oczywiście to twierdzenie ruchu New Age nie było bezpodstawne, wywodziło się w pierwszej kolejności z hermetyzmu i gnostycyzmu. I z otwartością mogą powiedzieć, że całe istnienie jest emanacją Absolutu. Jednak nie bez powodu New Age jest obecnie w środowisku okultystycznym pojęciem silnie pejoratywnym. Współcześnie ezoterycy na całym świecie przekonani brukowymi artykułami o magii i filozofią tego, że wszystko siedzi wyłącznie w ich głowach całkowicie przeinaczyli i źle zinterpretowali to hermetyczne założenie. Całkowicie pominięto fragment o emanacji Absolutu, a całą wolę skupiono na istnieniu kosmicznej energii. W ten sposób energia owa nabrała, jakości bytowania samego z siebie, a nie, jako elementu czegoś większego. Oczywiście, mógłbym w jednym zdaniu obalić istnienie wszechobecnej, przenikającej wszystko, nieskończonej energii, którą możemy kierunkować zgodnie z naszą intencją. Wolę jednak wytknąć ezoterykom wszystkie błędy tej interpretacji po kolei. Podstawowym objawem świadczącym o tym, że mamy do czynienia z tego rodzaju ezoterykiem jest jego niskie wykształcenie magiczne. Takie przekonanie charakterystyczne jest dla osób – szczególnie kobiet, które nigdy nie odbyły magicznego treningu. Nigdy nie zapoznały się z książkami opisującymi tradycyjne podejścia do magii, a jedyna literatura, z jaką mają do czynienia to lekkie książki pisarzy piszących o wszystkim pokroju Chrzanowskiej czy Devine, którzy w każdej swojej książce zawierają dokładnie te same informacje ujęte innymi słowami. Wszystko, co wykracza ponad te śmieciowe lektury jest ponad ich merytoryczne zdolności. Gdy zaś adept magii wytknie im błąd w postrzeganiu magicznym dotyczącym istnienia wszechobecnej energii, mają tendencję do stwierdzenia, że one praktykują jak czują zamiast czytać książki – ujmijmy, więc to wprost, zapalanie świeczek dwa razy do roku i wyobrażanie sobie światła rozchodzącego się w świat, nie jest magią i takim podejściem nie zakryje się zwykłej ignorancji wynikającej z braku przekazu i wtajemniczenia.

Dość ciekawym faktem jest to, że większość ludzi odczuwa energię w określony sposób nawet bez indoktrynacji w dany model postrzegania tej energii – zazwyczaj jest to postać odczuwanego ciepła. Ezoterycy bardzo często przywołują to, jako argument wobec uniwersalności istnienia energii. Dla mnie jest jedynie dowodem braku odpowiedniego treningu magicznego. Czytelnik może samodzielnie przeprowadzić małe doświadczenie, niech w tym momencie wyciągnie przed siebie rękę i wyobrazi sobie wokół nich świetlistą kulę, która napełnia jego rękę ciepłem. Jakie towarzyszy temu odczucie? W większości przypadków przy skupieniu, będzie to ciepło. Umysł bezrefleksyjnie przywołuje znane nam wspomnienie ciepła i napełnia nim miejsce, na którym skupiamy swoją uwagę. W ten sposób umysł dokonuje tego, co jest jego celem – zachowuje nad nami kontrolę, pozwalając nam wierzyć w jego twory, a my tak długo, jak długo nie jesteśmy wyszkoleni w technikach magicznych kontroli umysłu poddajemy się tym mentalnym projekcjom, wierząc, że mamy do czynienia z prawdziwą energią. A może dzieje się tak, ponieważ odczuwamy prawdziwą energię przy skupieniu? Proponuję, więc wykonać kolejne doświadczenie polegające na wprowadzeniu siebie w stan pustki umysłu i wykonanie dokładnie tego samego ćwiczenia. Efekt? Brak. Pustka umysłu sprawia, że umysł nie projektuje swoich tworów w celu przejęcia kontroli nad naszą świadomością. Jeszcze tylko ezoterycy muszą się nauczyć osiągać pustkę umysłu.

Chciałbym zaznaczyć, że jako czarownik całkowicie zgadzam się z istnieniem pewnych form subtelnych energii mających znaczenie w magii, ale całkowicie nie zgadzam się ze sposobem ich prezentowania przez środowiska ezoteryczne. Innym błędnym podejściem jest angażowanie wschodniej filozofii joginów do współczesnej magii zachodniej i ezoteryki. O ile jestem świadom plusów praktykowania jogi, jako treningu mentalnego i fizycznego, o tyle całkowicie odrzucam angażowanie systemu mapy energetycznej prezentowanego w tym systemie, jako elementu odrębnego od samego systemu. Ezoterycy współcześnie zdają się zapominać skąd pochodzą czakry, większość z nich nawet nie ma pojęcia, o jakich energiach jest mowa w tym systemie. Znów ujawniają swoją niewiedzę, wynikającą z czytania zachodnich opracowań zamiast odniesienie się do wschodnich źródeł. Czakry to integralny element wierzeń joginów. Oderwany od niego przestaje spełniać swoją funkcję. Szczególnie, gdy zostaje wrzucony w całkowicie judaistyczną wizję kosmologii prezentowaną przez większość New Age’owych ezoteryków. Podczas, gdy oryginalnie jogini nie praktykowali i nie praktykują otwierania lub „energetyzowania” wszystkich siedmiu głównych czakr. W zależności od jogicznej szkoły, praktycy skupiają się na jednej z głównych czakr przez cały okres praktyki, oznacza to, że pojęcie harmonizowania czakr, otwierania wszystkich czakr tak naprawdę nie ma sensu i jest współczesnym wymysłem – kolejnym narzędziem, poprzez który magia chroni swoje arkana i, poprzez który prawdziwa magiczna wiedza naszych przodków została zastąpiona importowaną tandetą.
Jaka energia istnieje? Życiowa, płynąca w naszych żyłach i wypełniająca nasze serca i naszą duszę. Taka, która wypełnia każdą duchową istotę i która jest jej motorem napędowym, ale, która nie wypełnia przestrzeni pomiędzy tymi duchowymi istotami. Na poziomie nieoświeconego umysłu nie mamy do czynienia z wszechobecną, wszechprzenikającą i poddającą się kontroli energią – w innym wypadku najprościej w świecie bylibyśmy Bogami. Którymi jako nieoświecone umysły nie jesteśmy. Skoro energia jest nieskończona i wszechobecna to możemy jej użyć w dowolnym momencie, skoro jest wszechprzenikająca, to nie ogranicza jej przestrzeń ani czas, skoro poddaje się kontroli to możemy nieograniczenie używać jej do tworzenia, przemieszczania czy choćby nawet przedłużania swojego życia po wieczność – jak jednak się okazuje, nasze nieoświecone umysły wcale tego nie potrafią. Jesteśmy nieśmiertelnymi duchami uwięzionymi w śmiertelnych ciałach i żadna wyimaginowana przez nas energia, tego nie zmienia.

Dlaczego odwracamy się od naszego magicznego dziedzictwa?
Ludzie uważający, że zajmują się magią pewnie zastanawiają się, dlaczego uważam, że to, co robią nie jest magią. Dlaczego jestem tak cholernym purystą. Zdradzę wam kolejny magiczny sekret. Wszystkie doświadczenia magiczne prowadzą do Oświecenia, a każdy akt iluminacji prowadzi do stworzenia własnego magicznego systemu. To przecież dokładnie ten sam sekret, co wcześniej. I tak, i nie. Jakiś czas temu, gdy praktykowałem jeszcze system Golden Dawn, Kabałę i tym podobne nakierunkowane na mistykę podejścia do magii doznałem pewnego mistycznego stanu, który zmienił całe moje postrzeganie dotychczasowych osiągnięć magicznych i wymógł na mnie przewartościowanie podejścia do magii. Stan ten trwał przez trzy tygodnie i wywołał we mnie głębokie poczucie odrealnienia i całkowitej nieistotności wszystkiego, co dokonałem, co dokonuje, co miało, ma lub może mieć miejsce. Patrzyłem w swoje odbicie w lustrze i mówiłem, że nie ma to znaczenia, bo to odbicie nie znaczy nic. Patrzyłem na swoją kobietę i wiedziałem, że nie ma żadnego znaczenia, bo nie znaczy nic. Zdeklasyfikowałem znaczenie każdej napotkanej rzeczy, stanu emocjonalnego, myśli i istoty. Odrzuciłem wtedy dosłownie wszystko. Bo wszystko nie ma znaczenia, a cały mistyczny pociąg do Oświecenia nie ma jakiegokolwiek celu. Oświecenie nie istnieje, jako poszukiwany czy osiągalny stan boskości. Oświecenie jest permanentnym stanem istniejącym cały czas. Tak, wszyscy już jesteśmy oświeceni, w tym momencie, zawsze byliśmy i zawsze będziemy. Realizacja tego faktu sprawiła, że po prostu przestałem jak głupiec gonić za oświeceniem, bo nie ma, za czym, wolałem skupić się na realizowaniu mojej Boskiej woli w ograniczonym nieoświeconym ciele i umyśle, które posiadam. Uznałem, że najlepszym do tego sposobem jest używanie metod naszych magicznych przodków. Tych, przed którymi stały duchy w materialnych postaciach, tych, których zaklęcia zatapiały statki, wywoływały sztormy, burze i plagi, tych, których zaklęcia burzyły kościoły i zabijały ludzi. Duchy, choć dla oświeconego umysłu zdają się być integralną częścią, w przypadku umysłu nieoświeconego stają się niezależnymi jednostkami, na które nie mamy bezpośredniego wpływu tak długo jak nie użyjemy odpowiednich metod – odwołując się do mocy zawartych w naszym oświeconym umyśle, w naszej boskości. To, dlatego starzy magowie powtarzali nam, że w kręgu magicznym nie stoi adept, tylko Bóg. I tylko, dlatego te duchy wzywane przed nasze oblicze muszą się nam podporządkować, bo dobrze gramy naszą rolę w kosmicznej grze powołując się na moc nas samych, – ale oświeconych.

Głównym powodem, dla którego ezoterycy odrzucają te tradycyjne magiczne ścieżki jest oczywiście ich brak zrozumienia, że świat magiczny należy rozdzielić na świat oświeconego i nieoświeconego umysłu, które to w pewien sposób się różnią. Ale by mogli to zrobić, musieliby odrzucić wszystko, co znają, jako nietrwałe, nieistotne i już nieistniejące, czego nie potrafią zrobić przez naturalną tendencję do przywiązania. Małpka nigdy nie chce puścić banana i to ją więzi. W zamian tego, wolą okłamywać siebie i w celu potwierdzenia własnych kłamstw, okłamywać innych. Ponieważ w ich mniemaniu, kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Jednak nie w przypadku magii, ponieważ ona broni sama swoich arkanów i zawsze pośród chmary konformistów pozbawionych talentu pojawią się jednostki, do których duchy przemówią, jednostki, które poświęcą łzy, pot i krew w celu osiągnięcia władzy nad duchami – władzy, która im się należy, ale której dziedzictwa nie są świadomi. Pośród tych setek poszukujących atencji ezoteryków znajduje się kilka wybitnych jednostek, którym warto pokazać alternatywę. Tak jak przed wiekami pośród wielu setek zbieraczy, rybaków, rolników i łowców znajdywała się garstka znachorów, szamanów, czarowników. Pamiętajcie, że gdy zakreślacie magiczny krąg, każdy z nich stoi w nim razem z wami, wszyscy czarownicy i czarownice, które wcześnie to robiły są tam obecne w tym samym czasie, w was, w waszej krwi i przynoszą ze sobą moc, dzięki której wasz nieoświecony umysł wpłynie na rzeczywistość.

Nurt Rewaloryzacji Czarostwa
Jestem zwolennikiem wizji istniejących na świecie, świetnie wyszkolonych w tajnikach czarowników, którzy razem przypominają społeczeństwu, że magia istnieje, że nie zgadzają się na warunki establishmentu, że odrzucają swoje wygody w zamian za prawdziwą moc i wpływ na otaczający na świat. Czarownicy, którzy jak przed wiekami są doradcami władców lub sami dzierżą władzę, lub też tacy, którzy żyją w swoich odizolowanych od współczesnego świata kowenach i grupach, żyjąc samowystarczalnie, zgodnie z rytmami natury i duchami Ziemi. Marzę o świecie magii, w której do czarowników jak dawniej w Anglii i całej Europie podróżują pielgrzymi. O świecie, w którym czarownicy znów mają swoje pazury, kły i najeżone futra. Świecie, w którym leczymy chorych proszących o pomoc i zabijamy wrogów stających nam na drodze. Pełni mocy i starożytnej wiedzy czerpanej wprost od duchów, z którymi rozmawiamy jak równy z równym. Aby ta wizja mogła się ziścić musimy odrzucić nauki fałszywych magów, wmawiających nam, że magia jest tylko w naszych głowach. Musimy odrzucić psychologizowanie i ateizację magii. Ponownie uwierzyć, że otaczające nas zjawiska przepełnione są siłami duchów, które przemawiają do nas i które czekają na naszą odpowiedź. Im większa liczba osób zrezygnuje z wygodnego przytakiwania tradycjom New Age i postawi krok na drodze do tradycyjnego czarownictwa, tym bliżej będziemy sukcesu. Tym bliżej będziemy współdziałaniu z siłami, które tworzą życie na Ziemi, a nie je niszczą. Wybór leży po waszej stronie drodzy czytelnicy.